Od 11 września kierowcy podróżujący koncesyjnym odcinkiem autostrady A2 między Nowym Tomyślem a Koninem zapłacą 123 złote za przejechanie 150 kilometrów. To o 3 złote więcej niż dotychczas. Podwyżka, choć z pozoru niewielka, wpisuje się w niepokojący trend, który dotyka polskich kierowców z każdej strony – drożeje paliwo, drożeją autostrady, a pensje rosną znacznie wolniej niż koszty utrzymania samochodu.
Spółka Autostrada Wielkopolska, zarządzająca tym odcinkiem, tłumaczy podwyżkę rosnącymi kosztami utrzymania oraz kolejnymi inwestycjami. „Wieloletnie inwestycje w infrastrukturę, technologie i obsługę użytkowników sprawiają, że kierowcy korzystają z nowoczesnej, dobrze utrzymanej autostrady” – podkreśla spółka. Problem w tym, że z perspektywy kierowcy ta „dobrze utrzymana autostrada” kosztuje już więcej niż przejazd niektórymi płatnymi trasami w Niemczech czy Francji. A jakby tego było mało, GDDKiA otwarcie krytykuje podwyżkę, wskazując, że wzrost cen może skłonić kierowców do omijania płatnych odcinków i korzystania z dróg alternatywnych, co z kolei odbije się na bezpieczeństwie w mniejszych miejscowościach.
Postanowiłem przyjrzeć się bliżej temu, co dzieje się z kosztami jazdy w Polsce. Bo choć o paliwie mówi się dużo, to autostrady pozostają tematem, który – jak pokazują liczby – wymaga pilnej uwagi.
Ile płacimy za autostrady w Polsce?
Zestawienie cen na polskich autostradach w 2026 roku jasno pokazuje, że A2 wyrasta na jedną z najdroższych tras w przeliczeniu na kilometr. Nowy Tomyśl – Konin to 82 grosze za kilometr. Dla porównania, przejazd 61-kilometrowego odcinka autostrady A4 między Katowicami a Krakowem kosztuje 36 złotych, czyli 59 groszy za kilometr. A4 od 1 kwietnia 2026 roku ma nowy cennik – samochody osobowe płacą 18 złotych na każdej z dwóch bramek (Mysłowice i Balice). Umowa koncesyjna dla tego odcinka wygasa w przyszłym roku, a po tym terminie przejazdy dla samochodów osobowych mają stać się bezpłatne.
Autostrada A1, zarządzana przez Gdańsk Transport Company, pobiera opłatę 29,90 zł za pełny przejazd trasą Rusocin – Nowa Wieś. To około 20 groszy za kilometr, co czyni ją jedną z tańszych płatnych tras w Polsce. Co ciekawe, w wakacje 2026 roku A1 ma szansę być darmowa – ale tylko wtedy, gdy średni czas oczekiwania na bramkach przekroczy 25 minut. To mechanizm, który ma rozładować korki, a nie realna obniżka cen.
Sytuacja na A2 jest więc wyjątkowa. Spółka Autostrada Wielkopolska podkreśla, że odcinek Nowy Tomyśl – Konin nie jest dotowany ze środków publicznych i utrzymuje się wyłącznie z przychodów z opłat. Problem w tym, że kierowcy – zwłaszcza ci, którzy codziennie pokonują tę trasę do pracy – zaczynają płacić kwoty, które w skali miesiąca mogą być porównywalne z ratą leasingu nowego samochodu.
Jak wypadamy na tle Europy?
Polskie autostrady wcale nie należą do najtańszych w Europie. W przeliczeniu na kilometr, A2 z opłatą 82 groszy za kilometr plasuje się w czołówce najdroższych tras na kontynencie. Dla porównania, średnie stawki na autostradach w Europie wynoszą od 32 do 47 groszy za kilometr. Polska A4 z opłatą 59 groszy za kilometr również wypada drożej niż europejska średnia.
W Niemczech, gdzie autostrady dla samochodów osobowych są generalnie bezpłatne, podróżowanie po kraju nie generuje dodatkowych kosztów. We Francji i Włoszech opłaty są pobierane, ale za przejazd długich tras płaci się zwykle kilkadziesiąt euro – nie za 150-kilometrowy odcinek. Z kolei w krajach takich jak Austria, Czechy, Słowacja, Słowenia, Węgry czy Bułgaria obowiązują winiety – jednorazowa opłata za korzystanie z autostrad w danym okresie. Tygodniowa winieta w Bułgarii kosztuje około 32,70 zł, na Węgrzech – około 82,80 zł. Na Słowacji ceny najpopularniejszych winiet pozostały bez zmian – 8,10 euro (ok. 34,70 zł) za dzień.
To pokazuje, że choć Polska nie ma systemu winiet, to w przypadku krótkich, intensywnie użytkowanych odcinków, takich jak A2 Nowy Tomyśl – Konin, kierowcy płacą więcej niż mieszkańcy wielu innych krajów europejskich za porównywalny dystans.
A co z paliwem? Na Słowacji taniej niż w Polsce
Jeśli autostrady są drogie, to paliwo powinno być tanie – prawda? Niestety, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Wrzesień 2026 roku przyniósł w Polsce kolejne podwyżki. Według danych e-petrol.pl, średnia cena benzyny Pb95 zbliża się do 8 złotych za litr, a olej napędowy jest najdroższy w historii – średnia krajowa cena diesla 10 września wyniosła 8,76 zł za litr.
Co gorsza, wcale nie jesteśmy najtańsi w regionie. Jak wynika z analizy Agro Profil, w przeliczeniu na złotówki według kursów NBP, diesel na Słowacji kosztuje 8,13 zł za litr, podczas gdy w Polsce 8,75 zł. Benzyna 95 na Słowacji to 7,57 zł, a w Polsce 7,89 zł. Różnica na jednym litrze diesla wynosi więc 0,62 zł na korzyść Słowacji. Przy 50-litrowego baku daje to oszczędność ponad 30 złotych – a to już konkretny argument, zwłaszcza dla osób mieszkających przy południowej granicy.
Słowacja, mimo że posługuje się euro, ma niższe ceny paliw niż Polska. To pokazuje, że problem nie leży w walucie, a w obciążeniach podatkowych i marżach. W Czechach diesel kosztuje 8,28 zł, a w Niemczech – 9,83 zł. Polska plasuje się więc w środku stawki, ale daleko jej do bycia „najtańszą w regionie”, co często powtarzają politycy.
Niskie płace, wysokie koszty – polski paradoks
I tu dochodzimy do sedna problemu. Według najnowszych danych GUS za luty 2026 roku, przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wyniosło 9966,32 zł brutto. Ale mediana – czyli wskaźnik, który lepiej oddaje realia – wyniosła zaledwie 7690,82 zł brutto. To oznacza, że połowa Polaków zarabia mniej niż 7691 zł na rękę, czyli około 5573 zł netto. W małych firmach (do 9 osób) mediana zatrzymała się na poziomie płacy minimalnej – 4806 zł brutto.
Dla osoby zarabiającej 5573 zł netto miesięcznie, przejazd A2 w dwie strony (246 zł) to prawie 5% miesięcznego dochodu. Do tego dochodzi paliwo – przy spalaniu 7 litrów na 100 km i cenie 8,75 zł za litr, przejechanie 1000 km kosztuje około 612 zł. Łatwo policzyć, że utrzymanie samochodu i dojazdy do pracy stają się dla wielu Polaków poważnym obciążeniem budżetu.
W tym kontekście podwyżka na A2 o 3 złote może wydawać się drobiazgiem. Ale dla kogoś, kto codziennie pokonuje tę trasę do pracy, to dodatkowe 60–120 zł miesięcznie. A gdy do tego dołożymy rosnące ceny paliw, ubezpieczeń i serwisowania, obraz staje się jasny: polskiego kierowcę nie stać na „luksus” jazdy po własnych autostradach.
Czy jest światełko w tunelu?
GDDKiA krytykuje podwyżki na A2 i wskazuje, że kierowcy będą szukać alternatyw. To zrozumiałe – nikt nie lubi płacić więcej za to samo. Ale czy rzeczywiście jest wyjście? Na razie tak, ale kosztem komfortu i bezpieczeństwa. Drogi lokalne, które omijają autostradę, są często w gorszym stanie, a jazda nimi wiąże się z większym ryzykiem wypadku. Z drugiej strony, dla wielu kierowców oszczędność rzędu 100–200 zł miesięcznie jest warta nawet dłuższej jazdy.
Na pocieszenie zostaje fakt, że od 2027 roku przejazd A4 Katowice–Kraków ma być bezpłatny dla samochodów osobowych. To dobra wiadomość dla mieszkańców Śląska i Małopolski. Ale dla tych, którzy podróżują A2, żadna ulga nie została zapowiedziana. Spółka Autostrada Wielkopolska ma koncesję do 2037 roku i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie odcinkiem Nowy Tomyśl – Konin miały zająć się państwowe struktury.
Podwyżka na A2 to kolejny sygnał, że polski kierowca jest coraz bardziej obciążany kosztami. Płace rosną, ale nie na tyle, by nadążyć za drożejącym paliwem, autostradami i wszystkim, co wiąże się z utrzymaniem samochodu. I choć podróż po Polsce wciąż jest tańsza niż po Niemczech czy Francji, to w porównaniu z naszymi południowymi sąsiadami – Słowacją i Czechami – przestajemy być konkurencyjni. Może czas, by ktoś w końcu zauważył, że drogi powinny służyć ludziom, a nie tylko generować zyski dla koncesjonariuszy.
