Jazda polskimi autostradami staje się powoli dobrem luksusowym, na które wkrótce będzie stać tylko nielicznych. Kiedy myśleliśmy, że ceny osiągnęły już absolutny sufit, prywatni koncesjonariusze zrzucają na nas kolejną bombę finansową. Ceny paliw na stacjach przyprawiają o zawrót głowy, a perspektywa wakacyjnych czy świątecznych wyjazdów staje się dla wielu rodzin budżetowym koszmarem. Właśnie dowiadujemy się, że przejazd kluczowym odcinkiem w centrum kraju znowu drastycznie podrożeje, bijąc niechlubne rekordy w skali całej Europy.
Od najbliższej środy, 11 marca 2026 roku, kierowców czeka brutalne zderzenie z nową rzeczywistością na bramkach poboru opłat. Spółka zarządzająca trasą postanowiła ponownie sięgnąć do naszych portfeli, tłumacząc to inflacją oraz rzekomymi gigantycznymi kosztami utrzymania infrastruktury. Podróżowanie staje się istnym luksusem, gdzie każda minuta spędzona na trasie szybkiego ruchu dosłownie wysysa gotówkę z naszego konta.
Złoty biznes na asfalcie czyli ile dokładnie zapłacimy na A2
Autostrada Wielkopolska SA opublikowała nowy cennik i powiem Ci szczerze, że te liczby po prostu mrożą krew w żyłach. Za każdy z trzech 50-kilometrowych odcinków na trasie Nowy Tomyśl – Konin kierowcy aut osobowych zapłacą od teraz równe 40 złotych. Oznacza to, że pokonanie całego, 150-kilometrowego fragmentu uszczupli Twój portfel aż o 120 PLN! Przypomnijmy, że jeszcze chwilę temu kwota ta wynosiła 111 złotych, więc podwyżka na przestrzeni kilkunastu miesięcy jest drastyczna. Jeśli podróżujesz czymś większym, sytuacja staje się wręcz tragiczna, ponieważ dla pojazdów kategorii 2 (np. auto z małą przyczepą) opłata wynosi już 69 zł za bramkę, a dla ciężarówek nawet 160 zł za jeden odcinek. To wszystko dzieje się w momencie, gdy z każdej strony uderzają w nas absurdalne ceny paliw, na które Orlen musi reagować wprowadzaniem specjalnych kuponów rabatowych w aplikacji, żeby zwykły kierowca w ogóle mógł bez łez w oczach zatankować do pełna.
A2 kontra reszta Europy czyli 80 groszy za każdy kilometr
Wystarczy wziąć do ręki kalkulator, aby uświadomić sobie skalę tego drogowego absurdu. Płacąc 120 zł za 150 km, otrzymujemy przerażającą stawkę rzędu 0,80 PLN za każdy przejechany kilometr. Zestawmy to z innymi państwami, żeby zobaczyć, jak bardzo dajemy się obdzierać ze skóry we własnym kraju. W Austrii czy Czechach za około 50-60 złotych kupujesz winietę ważną przez 10 dni, dzięki której możesz jeździć do woli po tysiącach kilometrów doskonale utrzymanych dróg. W Niemczech osobówki w ogóle mkną autostradami za darmo. Tymczasem u nas prywatny koncesjonariusz każe sobie płacić ponad dwukrotność europejskiej dziesięciodniowej winiety za zaledwie godzinę z haczykiem płynnej jazdy! Co gorsza, na państwowych odcinkach opłaty dla aut osobowych zostały zniesione, co tylko potęguje frustrację, gdy beztrosko wjeżdżasz na wielkopolski kawałek i nagle musisz szeroko otwierać portfel.
Brak alternatywy i odwieczne tłumaczenia o inwestycjach
Spółka tradycyjnie broni się rękami i nogami, wydając oficjalne komunikaty o rosnących kosztach utrzymania, inflacji i gigantycznych inwestycjach, takich jak budowa trzeciego pasa czy wdrażanie systemu videotollingu. Tylko czy my naprawdę musimy w całości sponsorować te przedsięwzięcia z własnej kieszeni w tak drastyczny sposób? Umowa koncesyjna na ten fragment wygasa dopiero w 2037 roku, co niestety oznacza, że przez najbliższą dekadę możemy spodziewać się kolejnych, regularnych strzałów po finansach. GDDKiA rozkłada ręce i przypomina jedynie, że to uderza w nasze wspólne bezpieczeństwo, bo wielu kierowców chcąc zaoszczędzić, ucieka na drogi lokalne, rozjeżdżając mniejsze miejscowości i tworząc niebezpieczne zatory. Płacimy podwójnie: najpierw przy dystrybutorze, gdzie litr benzyny to istny luksus, a potem na bramkach, finansując ten przedziwny autostradowy monopol bez mrugnięcia okiem.