Pomysł na kilkudniowy wypad do Budapesztu pojawił się nagle. Zamiast szukać biletów lotniczych, postanowiłem, że to idealna okazja, by sprawdzić w trasie coś z segmentu B. Wybór padł na Seata Ibizę, a konkretnie poliftową wersję z silnikiem 1.0 TSI o mocy 95 KM. Hiszpański maluch, miejska legenda – jak sprawdzi się w podróży liczącej ponad tysiąc kilometrów przez Czechy i Słowację? Zapowiadało się interesująco.
Hiszpański styl, ale czy z temperamentem?
Seat od lat przyzwyczaił nas do ostrej, dynamicznej kreski i nowa Ibiza doskonale wpisuje się w ten kanon. Kanciaste, wyraziste kształty i pełne światła LED nadają jej zadziornego charakteru. Wygląda świeżo i nowocześnie. Ciekawym zabiegiem stylistycznym, który od razu rzucił mi się w oczy, jest zmiana fontu napisu „Ibiza” na tylnej klapie. W przeciwieństwie do ostrych linii nadwozia i poprzedniej, kanciastej czcionki, teraz mamy napis wykonany zgrabną, niemal odręczną kursywą. Tuż nad nim znajduje się logo marki, które pełni podwójną funkcję – jest to również zmyślnie ukryty przycisk do otwierania bagażnika. To bardzo pomysłowe i estetyczne rozwiązanie, które utrzymuje stylistyczną czystość tylnej części nadwozia.
Drobiazg, ale pokazuje pewną stylistyczną ewolucję. Wnętrze wita nas równie ciekawie. W wersji Style, którą podróżowałem, nuda została przełamana kolorowymi akcentami – w moim przypadku żółtymi obwódkami nawiewów, które skutecznie ożywiają całą deskę rozdzielczą. Przez całą szerokość kokpitu biegnie też biała, ozdobna listwa. Wszystko wygląda naprawdę dobrze, choć trzeba uczciwie przyznać, że materiały są twarde. To jednak standard w tej klasie i w tym budżecie.
Wnętrze: Cyfrowa rewolucja z małymi potknięciami
Po zajęciu miejsca za kierownicą, wzrok przyciąga wirtualny kokpit. To jeden z najmocniejszych punktów tego samochodu. Konfigurowalny ekran zegarów jest czytelny i oferuje trzy różne widoki. Co ciekawe, jeden z nich do złudzenia przypomina ten znany