Zdecydowana większość rowerzystów, zwłaszcza tych jeżdżących po zmroku, wie, jak ważne jest dobre oświetlenie. Nie chodzi tylko o to, żeby nas było widać. Równie kluczowe jest to, żebyśmy my sami widzieli, co dzieje się na drodze, zwłaszcza z dala od miejskich świateł. Właśnie w tym kontekście na redakcyjny stół trafiła lampka rowerowa Offbondage HR3-1000. Zapraszam do kolejnego testu z serii #kluczowa5.
Jej nazwa od razu budzi pewne, nie koniecznie rowerowe, skojarzenia, choć na szczęście w tym przypadku „Offbondage” oznacza po prostu uwolnienie się od mroku. Postanowiliśmy sprawdzić, czy to obietnice bez pokrycia, czy też mamy do czynienia z prawdziwym pogromcą ciemności.
1. Pierwsze wrażenia
Lampka zapakowana jest w minimalistyczne, ale solidne pudełko. W środku, poza samym urządzeniem, znajdziemy uchwyt z gumowa podkładką, kabel do ładowania USB-C oraz krótką instrukcję obsługi. Już na pierwszy rzut oka widać, że producent postawił na jakość. Obudowa wykonana jest z aluminium, co przekłada się na solidność i pewne trzymanie w dłoni. Waga lampki – zaledwie 120 gramów – jest zaskakująco niska, biorąc pod uwagę jej parametry. Nie jest to jednak wada, bo dzięki temu nie czuć jej na kierownicy.
Montaż jest banalnie prosty. Uchwyt pewnie trzyma lampkę, a jej demontaż to kwestia kilku sekund. Zabezpieczenie przed przypadkowym włączeniem – na przykład w plecaku – działa bez zarzutu. Warto też zwrócić uwagę na klasę wodoszczelności, która wynosi IPX6, co oznacza, że lampka jest odporna na silne strumienie wody. Ulewny deszcz nie stanowi dla niej problemu, co jest kluczowe w polskim klimacie.