W nocy z 24 na 25 października 2026 roku po raz kolejny cofnęliśmy wskazówki zegarków z godziny 3:00 na 2:00. Ta zmiana miała być jedną z ostatnich, ale wszystko wskazuje na to, że czeka nas jeszcze kilka takich weekendów. Komisja Europejska zaproponowała zniesienie zmiany czasu już w 2018 roku, Parlament Europejski poparł ten pomysł w 2019 roku, a mimo to osiem lat później państwa członkowskie wciąż nie osiągnęły porozumienia. W tle mamy pandemię, kryzys energetyczny, wojnę w Ukrainie i nowe badanie, którego wyniki poznamy dopiero pod koniec 2026 roku. Efekt? Kolejna zmiana czasu i kolejne pytanie: po co to komu?

Odpowiedź na to pytanie jest coraz mniej oczywista. Kiedyś chodziło o oszczędność energii. Dziś – jak pokazują badania – realne oszczędności są marginalne, a koszty zdrowotne i logistyczne coraz trudniejsze do zignorowania. A jednak proceder trwa. Nie dlatego, że ma sens, ale dlatego, że nikt nie potrafi się dogadać, który czas miałby obowiązywać na stałe: letni czy zimowy. I tak co pół roku przestawiamy zegarki, bo Unia nie potrafi przestawić własnych priorytetów.

Osiem lat dyskusji i zero decyzji

Historia jest prosta, ale finał wciąż nieznany. W 2018 roku Komisja Europejska przedstawiła wniosek o zniesienie dwukrotnej zmiany czasu w ciągu roku. W konsultacjach publicznych 84% uczestników opowiedziało się za likwidacją tego procederu. W marcu 2019 roku Parlament Europejski poparł projekt, a państwa członkowskie miały czas na decyzję, przy którym czasie chcą pozostać na stałe. Potem przyszła pandemia COVID-19, a następnie kryzys energetyczny i wojna w Ukrainie. Temat zniknął z agendy Rady UE i – jak dotąd – nie wrócił.

Rzeczniczka Komisji Europejskiej Anna-Kaisa Itkonen przekonuje, że stanowisko KE pozostaje niezmienne od 2018 roku, ale jednocześnie dodaje, że „państwa członkowskie są w najlepszej sytuacji, by podjąć decyzję dotyczącą czasu”. Innymi słowy: Komisja chciała, Parlament chciał, obywatele chcieli, ale Rada – czyli rządy państw członkowskich – nie potrafi się dogadać. Kraje południowe wolą stały czas letni, kraje północne skłaniają się ku zimowemu, a biolodzy i chronobiolodzy przekonują, że dla zdrowia lepszy byłby czas zimowy. Efekt jest taki, że od ośmiu lat nie zrobiono nic, a jedyne, co się zmieniło, to liczba badań i analiz.

Komisja Europejska zleciła nowe badanie, które ma pomóc w podjęciu decyzji. Wyniki mają być znane pod koniec 2026 roku. Jednocześnie Bruksela opublikowała już wstępny harmonogram techniczny zmian czasu aż do 2031 roku – co jest chyba najbardziej wymownym dowodem na to, jak bardzo nikt się nie spieszy.

Skąd się to wzięło i dlaczego już nie działa

Zmiana czasu nie jest wynalazkiem Unii Europejskiej. W Europie upowszechniła się po kryzysie naftowym w 1973 roku, kiedy to szukano sposobów na ograniczenie zużycia energii – zwłaszcza węgla i nafty przeznaczanych na oświetlenie. Chodziło o to, żeby latem przesunąć godzinę i wykorzystać dłużej naturalne światło, a tym samym rzadziej włączać sztuczne oświetlenie. W 1996 roku Unia ujednoliciła różne krajowe regulacje, a w 2002 roku utrwaliła obecny system: zmiana na letni pod koniec marca, powrót na zimowy pod koniec października.

Problem w tym, że dzisiejsza gospodarka i styl życia nie mają wiele wspólnego z latami 70. Badania conducted na zlecenie niemieckiego Bundestagu (TAB) oraz analizy europejskie wskazują, że oszczędności energii są marginalne – mówi się o około 0,5% rocznego zużycia, a w niektórych sektorach, jak oświetlenie, zaledwie o 0,2%. Co więcej, część oszczędności wieczornych jest kompensowana przez większe zużycie rano lub przez klimatyzację. W czasach, gdy coraz więcej osób pracuje zdalnie, a domy są oświetlane i ogrzewane przez całą dobę, argument energetyczny praktycznie przestał istnieć. Zmiana czasu nie jest już narzędziem polityki energetycznej – jest reliktem, który przetrwał wyłącznie dzięki sile przyzwyczajenia i biurokratycznej inercji.

Co zmiana czasu robi z ludźmi?

I tu dochodzimy do części, która boli najbardziej. Systematyczny przegląd badań epidemiologicznych z 2025 roku, obejmujący 157 badań z 36 krajów, pokazuje, że przejście na czas letni wiosną wiąże się z zwiększonym ryzykiem ostrego zawału mięśnia sercowego oraz śmiertelnych wypadków drogowych. To nie są pojedyncze doniesienia – to wnioski z wielu badań, w tym tych o wysokiej jakości metodologicznej. Wiosenna zmiana czasu zaburza rytm dobowy, skraca sen i zwiększa stres organizmu, a skutki widać w statystykach medycznych i na drogach.

Co ciekawe, przegląd wskazuje również na efekty pozytywne: przejście na czas zimowy jesienią wiąże się z mniejszą śmiertelnością całkowitą i mniejszą liczbą wypadków w pracy, a samo życie w czasie letnim latem – z mniejszą liczbą wypadków drogowych. To pokazuje, że problem nie leży w samym „czasie” jako takim, ale w dwukrotnym przestawianiu zegarków. Gdybyśmy przestali zmieniać czas i wybrali jeden system na stałe, większość tych negatywnych efektów po prostu by zniknęła. Ale żeby tak się stało, ktoś musiałby podjąć decyzję. A jak pokazuje ostatnie osiem lat, z tym akurat Unia ma problem.

Do tego dochodzą koszty mniej mierzalne, ale odczuwalne: rozregulowane godziny snu, gorsze samopoczucie przez kilka dni, trudności z koncentracją, problemy z zasypianiem u dzieci, przesunięte pory karmienia i leków u osób starszych oraz chaos w rozkładach jazdy komunikacji miejskiej i kolejowej. W samej Polsce blisko 80% dorosłych chce rezygnacji z przestawiania zegarków. To jeden z niewielu tematów, w których opinia publiczna jest tak zgodna. A jednak nic się nie zmienia.

Polska chciała, ale sama nie mogła

Warto oddać sprawiedliwość polskim władzom: temat był podnoszony. W 2025 roku, podczas polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, rząd Donalda Tuska przedstawił propozycję przyjęcia jednego czasu urzędowego w całej UE – letniego – z dwuletnią klauzulą przeglądową. Efekt? „Wtedy nic nie wskóraliśmy” – przyznaje „Fakt”. Udało się jedynie skłonić Komisję Europejską do zlecenia badania, którego wyniki poznamy pod koniec roku.

Co gorsza, Polska nie może sama znieść zmiany czasu, bo kwestię reguluje prawo unijne. Obowiązujące rozporządzenie prezesa Rady Ministrów z 2022 roku określa daty zmian tylko do końca 2026 roku. Ostatnia zaplanowana zmiana to właśnie ta, którą przeszliśmy w nocy z 24 na 25 października. Co będzie dalej – nie wiadomo. Komisja Europejska ma gotowy harmonogram do 2031 roku, ale to nie jest decyzja polityczna, tylko techniczne zabezpieczenie na wypadek, gdyby porozumienie nadal nie zostało osiągnięte.

Unia reguluje wszystko, tylko nie to

I tu pojawia się pytanie, które wielu z nas zadaje sobie co pół roku: dlaczego Unia Europejska, która potrafi regulować średnicę ogórków, moc odkurzaczy, kształt bananów i normy emisji spalin, nie potrafi załatwić czegoś tak prostego jak odwołanie zmiany czasu? Dlaczego znajduje czas na kolejne dyrektywy i rozporządzenia, ale nie na decyzję, której oczekuje 84% obywateli w konsultacjach i blisko 80% Polaków?

Oczywiście można argumentować, że sprawa nie jest „prosta”, bo wymaga zgody wszystkich państw członkowskich, a interesy północy i południa są rozbieżne. Ale osiem lat to wystarczająco dużo czasu, żeby wypracować kompromis. Zamiast tego mamy kolejne badania, kolejne analizy i kolejne harmonogramy techniczne. Mamy też instytucje, które wolą zajmować się tym, co łatwe i medialne, niż tym, co naprawdę dotyka codziennego życia obywateli. Zmiana czasu nie jest może największym problemem Europy, ale jest symbolem czegoś szerszego: biurokratycznej bezradności wobec spraw, które wymagają zwykłej ludzkiej decyzji.

Można by zapytać: skoro przez osiem lat nie udało się tego załatwić, to może w ogóle nie warto się tym zajmować? Tylko że to nie jest temat, który zniknie. Wróci w marcu, potem w październiku, i znowu w marcu. Za każdym razem z tymi samymi pytaniami, tymi samymi badaniami i tym samym brakiem odpowiedzi. A my – kierowcy, pasażerowie, rodzice, pracownicy – będziemy się do tego przestawiać, bo ktoś w Brukseli nie potrafi przestawić własnych priorytetów.

Co dalej?

Wyniki nowego badania Komisji Europejskiej mają pojawić się pod koniec 2026 roku. Być może przyniosą jasne rekomendacje. Być może Rada UE w końcu zajmie się wnioskiem z 2018 roku. Być może doczekamy się decyzji, zanim harmonogram do 2031 roku stanie się rzeczywistością. Ale patrząc na dotychczasowe tempo, trudno być optymistą. Jedno jest pewne: dopóki nie będzie wystarczającej presji społecznej, dopóty temat będzie wracał jak bumerang – co pół roku, razem z cofaniem lub przestawianiem wskazówek.

A Ty co myślisz o zmianie czasu? Czy jesteś za jej zniesieniem, czy może jednak widzisz w niej jakiś sens? I co sądzisz o tym, że Unia Europejska przez osiem lat nie potrafi podjąć decyzji w sprawie, której oczekuje większość obywateli? Napisz w komentarzu – może im więcej nas będzie, tym szybciej ktoś w Brukseli zauważy, że problem nie zniknie sam. Bo zmiana czasu może i jest reliktem przeszłości, ale bezczynność Unii w tej sprawie to relikt teraźniejszości, którego naprawdę nie potrzebujemy.

Share.
0 0 votes
Oceń artykuł!
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Komentarze w tekście
Zobacz wszystkie komentarze
0
Szanowny Kierowniku, daj znać, co myślisz i zostaw komentarz!x