Pamiętacie ten moment, kiedy Audi wprowadziło nowe oznaczenia silnikowe i nagle wszyscy zgłupieliśmy? Patrzyłeś na klapę bagażnika A6, widziałeś dumne „55 TFSI” i zastanawiałeś się, czy pod maską drzemie 5.5-litrowe V8, czy może to tylko jakiś marketingowy kod. Okazało się, że to kod, który miał odnosić się do mocy w kilowatach, ale w praktyce stał się zagadką, której nikt nie chciał rozwiązywać. Dziś z Ingolstadt płyną wieści, które można skwitować jednym słowem: nareszcie. Producent przyznaje, że strategia nazewnicza była, delikatnie mówiąc, nietrafiona i czas na zmiany.
Informacje, które przebijają się do nas z zachodnich mediów, w tym z serwisu Motor1, potwierdzają to, co wielu dziennikarzy i fanów marki powtarzało od lat – system dwucyfrowych oznaczeń (np. 30, 40, 50, 55) był po prostu nieczytelny. Zamiast budować prestiż, wprowadzał chaos. Audi oficjalnie przyznaje, że klienci nie potrzebują na klapie bagażnika skomplikowanych łamigłówek, a jasnej informacji, czym właściwie jadą. To rzadki moment w świecie wielkich korporacji, kiedy gigant motoryzacyjny wprost mówi: „tak, to nie był najlepszy pomysł” i zaczyna sprzątać bałagan, który sam stworzył.
Koniec z cyferkami, które nic nie znaczą
Decyzja o uproszczeniu nazewnictwa wchodzi w życie wraz z nowymi modelami, takimi jak Q6 e-tron. Co to oznacza w praktyce? Z tylnej klapy znikają mylące liczby. Nie będziemy już widzieć oznaczeń typu „55” czy „40”. Zostanie tylko nazwa modelu (np. Q6) oraz ewentualnie dopisek „e-tron” dla elektryków i kultowe „quattro” dla napędu na cztery koła. W przypadku wersji o wysokich osiągach, zobaczymy po prostu oznaczenie „SQ6” czy „RS”. To powrót do minimalizmu i czytelności, który w mojej ocenie jest strzałem w dziesiątkę. Przez lata Audi próbowało nas przekonać, że te liczby mają sens, grupując moce silników w przedziały, ale bądźmy szczerzy – nikt, poza pracownikami salonów, nie miał tabelki z przelicznikiem w głowie.
Dlaczego teraz?
Wydaje się, że zmiana ta jest podyktowana nie tylko krytyką, ale też rosnącą elektryfikacją gamy. W świecie aut elektrycznych, gdzie moc jest dostępna natychmiast, a różnice między wersjami często sprowadzają się do oprogramowania, stare drabinki „30-70” straciły rację bytu. Florian Herrmann z działu marketingu produktu Audi przyznał w rozmowie z mediami, że liczby te nie są już potrzebne klientom. Ludzie chcą wiedzieć, czy mają napęd na cztery koła i dużą baterię, a nie rozwiązywać równania matematyczne na parkingu. Co ciekawe, Audi zachowa te oznaczenia w cennikach i konfiguratorach, żeby klient mógł rozróżnić wersje silnikowe podczas zakupu, ale fizycznie na samochodzie ich nie uświadczymy.
A co z zamieszaniem wokół A4 i A5?
Warto tu wspomnieć o drugiej rewolucji, która dzieje się równolegle. Audi porządkuje (lub, jak twierdzą złośliwi, na nowo komplikuje) podział na auta spalinowe i elektryczne. Liczby parzyste (A4, A6) przechodzą na stronę elektromobilności, a nieparzyste (A5, A7) zostają przy silnikach spalinowych. To dlatego następca popularnego A4 to teraz A5. Choć na początku brzmi to dziwnie, ma to o wiele więcej sensu niż poprzednie „55 TFSI”. Przynajmniej wiemy, że jak widzimy parzystą cyfrę, to szukamy ładowarki, a jak nieparzystą – stacji benzynowej. Cieszy, że Audi zaczyna słuchać rynku i upraszczać komunikację, bo w segmencie premium, gdzie liczy się elegancja i prostota, nadmiar plastikowych cyferek na klapie wyglądał po prostu tanio.
