W motoryzacji jest kilka świętości, ikon, których lepiej nie ruszać. Próba wskrzeszenia legendy często kończy się marketingową klapą i rozczarowaniem fanów. Ale co, jeśli ktoś podchodzi do tematu z odpowiednią dozą szaleństwa i inżynieryjnego geniuszu? Renault pokazało właśnie, że się da. Wypuścili na legendarne trasy Rajdu Korsyki swoją nową, elektryczną zabawkę – Renault 5 Turbo 3E. I powiem jedno: opadła mi szczęka.
To nie jest kolejna, grzeczna i ekologiczna interpretacja klasyka. To jest potwór. Bestia zrodzona z ducha legendarnego Renault 5 Turbo i Turbo 2, ale napakowana technologią z przyszłości. Zobaczyć ten samochód w akcji, na tych samych drogach, gdzie 40 lat temu Jean Ragnotti wyciskał siódme poty ze swojego Maxi 5 Turbo, to było coś absolutnie wyjątkowego. To dowód, że elektryfikacja nie musi oznaczać końca emocji. Czasem może oznaczać ich zupełnie nowy, porażający prądem początek.
Powrót króla w nowym, elektrycznym wydaniu
Na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest zwykłe auto. To hołd, ale napisany na nowo, z użyciem wielkich liter i wykrzykników. Potężne, poszerzone nadwozie, absurdalnie wielki tylny spojler – wszystko tu krzyczy: „jestem potomkiem rajdowego potwora!”. Projektanci wykonali tytaniczną pracę, by uchwycić ducha oryginału, nie tworząc przy tym jego karykatury. Stosunek długości do szerokości (aż 2,03 m!) mówi sam za siebie – to auto zostało zaprojektowane, by być przyklejone do asfaltu w zakrętach i zamiatać tyłem, gdzie tylko się da. To nie jest samochód, to manifestacja siły i nostalgii, ubrana w nadwozie z włókna węglowego.
Technologia z kosmosu, czyli co kryje się pod karbonem
Kiedy zajrzymy pod tę agresywną karoserię, robi się jeszcze ciekawiej. Mamy tu do czynienia z czymś, co Renault nazywa „mini supersamochodem” i nie ma w tym grama przesady. Inżynierowie z Alpine, bo to oni stoją za tym projektem, poszli na całość. Zamiast jednego centralnego silnika, wsadzili dwa osobne silniki elektryczne, po jednym w każdym tylnym kole. Efekt? Łączna moc 555 KM i moment obrotowy 4800 Nm dostępny natychmiast, na kołach. To pozwala na niewyobrażalną kontrolę nad każdym kołem z osobna, co przekłada się na zwinność i, co tu dużo mówić, potężne możliwości driftu. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h w niecałe 3,5 sekundy w aucie o masie poniżej 1450 kg to wynik, który stawia go w jednym rzędzie z prawdziwymi superautami. Do tego dochodzi architektura 800 V, pozwalająca naładować baterię od 15 do 80% w zaledwie 15 minut. To nie jest koncept, to w pełni funkcjonalna maszyna do pożerania zakrętów.
Cena zaporowa, ale chętnych nie brakuje
A teraz zejdźmy na ziemię, a raczej na bardzo wysoki pułap cenowy. Renault 5 Turbo 3E startuje od kwoty 725 000 zł. Tak, dobrze czytacie. To cena za wersję bazową, bez personalizacji. Można by pomyśleć, że to szaleństwo, ale wygląda na to, że Renault dobrze wiedziało, co robi. Wypuszczono limitowaną serię 1980 sztuk (w nawiązaniu do roku debiutu R5 Turbo) i jak donosi producent, pierwsze 500 rezerwacji spłynęło w zaledwie trzy dni. To pokazuje, że na rynku jest miejsce na tak ekstremalne i unikalne projekty. Klienci dostaną też ogromne możliwości personalizacji – od historycznych malowań, przez unikalne kolory, aż po indywidualne projekty wnętrza tworzone z designerami marki. To nie będzie kolejny samochód, to będzie bilet wstępu do elitarnego klubu i jeżdżące dzieło sztuki.
Wrażenia z pierwszej jazdy, czyli rajdowa bestia w akcji
Za kierownicą prototypów na Korsyce usiadł Julien Saunier, kierowca rajdowy i ambasador marki. Jego słowa tylko potwierdzają to, co można wywnioskować z danych technicznych. „To prawdziwa rajdowa bestia” – przyznał po przejazdach. Chwalił niesamowite przyspieszenie, które nie słabnie wraz ze wzrostem prędkości, potężne hamulce i łatwość, z jaką można wprowadzić auto w spektakularny poślizg, zachowując przy tym pełną kontrolę. Widok tego auta, pędzącego w kłębach dymu po ciasnych nawrotach Notre Dame de la Serra, musiał być dla zebranej publiczności przeżyciem niemal mistycznym. To było jak spotkanie przeszłości z przyszłością, w najbardziej emocjonującym wydaniu.
Czy to ma sens? Moja subiektywna opinia
Czy elektryczny samochód za ponad 700 tysięcy złotych, stworzony głównie do zabawy, ma sens? Z perspektywy czystej logiki i codziennej użyteczności – absolutnie nie. Ale motoryzacja to nie tylko logika. To przede wszystkim emocje, pasja i marzenia. Renault 5 Turbo 3E to właśnie ucieleśnienie tych marzeń. To pokaz inżynieryjnej odwagi i dowód na to, że duszy samochodu nie mierzy się liczbą cylindrów. To droga, unikalna i zapewne niepraktyczna zabawka dla bogatych kolekcjonerów. Ale cieszę się, że powstała. Bo dzięki takim projektom świat motoryzacji jest po prostu ciekawszy.