Niedziela pod Spodkiem przyniosła wszystko, za co kochamy drifting: dramatyczne zwroty akcji, deszczową dogrywkę, awarię na minutę przed finałem i triumf Łukasza Kaliszewskiego. Druga runda Driftingowych Mistrzostw Polski zakończyła się wielkim świętem motorsportu, a kibice, którzy wypełnili Strefę Kultury, byli świadkami absolutnego spektaklu.
Deszczowa koronacja Kaliszewskiego
Gdy w niedzielę rano spojrzałem w niebo, wiedziałem, że będzie powtórka z soboty – upał zmieniający się w groźne chmury. Organizatorzy też to czuli i od rana przyspieszali harmonogram, by jak najwięcej pojedynków rozegrać na suchym torze. I niemal się udało. Niemal.
Już pierwsze pary pokazały, że niedzielna walka będzie zupełnie inna niż sobotnie kwalifikacje. Tam, gdzie wczoraj liczyła się idealna linia, dziś rządziła agresja, bliski kontakt i nuta szaleństwa. Jakub Przygoński i Łukasz Kaliszewski – dwaj bohaterowie kwalifikacji – znaleźli się po przeciwnych stronach drabinki i od początku „czyścili” swoich rywali. Przygoński, lider generalny, jechał jak natchniony. Kaliszewski? W pierwszej parze miał już drobne problemy techniczne, ale jego jazda w roli prowadzącego była tak dobra, że bez trudu awansował dalej.
Do półfinałów suchy tor trzymał się dzielnie. W najlepszej czwórce zameldowali się: Jakub Przygoński, Stavros Gryllis, Jakub Król i Łukasz Kaliszewski. To powtórka z pierwszej rundy – wtedy w finale spotkali się Gryllis i Przygoński. Tym razem jednak Grek musiał uznać wyższość Polaka. W drugim półfinale górą był Kaliszewski. I wtedy zaczęło się najprawdziwsze niebo w roli głównej.
Awaria, deszcz i dogrywka, która przejdzie do historii
Przed wielkim finałem zapadła dłuższa przerwa. Kaliszewski miał awarię – poluzowana kostka brukowa na torze uszkodziła przewód olejowy w jego Toyocie Suprze. Mechanicy rzucili się do naprawy, a trybuny wstrzymały oddech. I udało się! Samochód wrócił na tor, ale w międzyczasie na Spodek spadła ściana deszczu. Tor zrobił się śliski jak lód, a na asfalcie pojawiły się pierwsze kałuże. Właśnie w takich warunkach przyszło powalczyć o zwycięstwo.
Przygoński i Kaliszewski dali show. Obaj radzili sobie z mokrą nawierzchnią tak, jakby całe życie trenowali w deszczu. Sędziowie nie potrafili wskazać lepszego – konieczna była dogrywka. Atmosfera na trybunach? Elektryzująca! Kałuże stawały się coraz większe, a kierowcy jechali tak blisko siebie, że z dachów leciały snopy iskier. Ostatecznie to Kaliszewski usłyszał werdykt: pierwsze miejsce! Pierwsze w karierze zwycięstwo w rundzie DMP, i to w takich okolicznościach.
„Czuję się przecudownie. Nie byłem na to przygotowany. Przed najważniejszym pojedynkiem spadł deszcz. Tym samochodem nie miałem jeszcze okazji rywalizować w takich warunkach, ale jak widać improwizacja się opłaciła. Przez chwilę przegrałem z parkiem maszyn, a nie z innym zawodnikiem. Chłopaki stanęli na wysokości zadania i szybko usunęli usterkę. Przed finałem wiedziałem już, że nawet jeśli przegram, będę drugi, więc i tak byłbym zadowolony”
– powiedział Łukasz Kaliszewski.
Przygoński, choć tym razem drugi, był pełen uznania dla rywala i kibiców:
„To był mocny finał. Większość pojedynków na sucho, a finał w ulewie. Nawierzchnia bardzo śliska, walka wyrównana i naprawdę wiele się działo. Kibice przyjęli nas fantastycznie. Trasa była bardzo widowiskowa – dobrze było rywalizować w samym centrum miasta i pokazywać emocje motorsportu szerokiej publiczności. Wielkie gratulacje dla Łukasza.”
Na trzecim stopniu podium stanął Grek Stavros Gryllis, który w deszczowym małym finale pokonał Jakuba Króla i potwierdził, że jest w tym sezonie w ścisłej czołówce.
Gomoliszek nie do zatrzymania w Semi Pro
Zanim klasa Pro rozgrzała tor do czerwoności, rywalizację zakończyli kierowcy Semi Pro. I tu znów błyszczał Adam Gomoliszek. Zwycięzca sobotnich kwalifikacji przeszedł przez drabinkę jak burza. W półfinale pewnie pokonał Ukraińca, a w wielkim finale spotkał się z Czechem Vaclavem Burianem.
Pojedynek był zacięty, ale sędziowie jednogłośnie wskazali Polaka. Gomoliszek powtórzył sukces z kwalifikacji i pokazał, że jest w tym sezonie w wybornej formie. Trzecie miejsce zajął kolejny Ukrainiec – Oleh Boiko, który w małym finale dał prawdziwy popis i udowodnił, że ekipa zza wschodniej granicy przyjechała do Katowic po coś więcej niż tylko udział.
„Dzisiejsze zawody były absolutnie niesamowite. Samochód spisywał się bez zarzutu. Dziękuję całemu zespołowi i partnerom za perfekcyjne przygotowanie. Gratulacje dla wszystkich zawodników – to były świetne zawody”
– powiedział Vaclav Burian.
Święto dla całych rodzin, a ja znów byłem pod wrażeniem
Wracając do moich wczorajszych spostrzeżeń – niedziela tylko je pogłębiła. Bezpłatna strefa kibica pod Spodkiem znów pękała w szwach. Symulatory od Orlen Oil oblegane od rana do wieczora. Food trucki z coraz dłuższymi kolejkami. Dmuchańce i konkursy przyciągały rodziny z dziećmi, które może nie do końca rozumiały, o co chodzi z tym całym driftem, ale wykrzykiwały głośniej niż dorośli, gdy tylko któryś z kierowców puszczał gęstego dyma.
Deszczowa aura pod koniec dnia nie odstraszyła nikogo. Wręcz przeciwnie – kibice, którzy zostali, zobaczyli drifting w najczystszej postaci. Bez lukru, z awariami, z ryzykiem, z iskrami lecącymi spod podwozia. Wyszedłem ze Spodka mokry, zachrypnięty i absolutnie szczęśliwy.
„Za nami druga runda DMP w Katowicach. Zwyciężył Łukasz Kaliszewski. Do końca sezonu zapowiada się niezwykle ciekawa walka o tytuł mistrzowski. Kibice licznie wypełnili nowy obiekt. Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się strefa kibica. Teraz skupiamy się na kolejnej rundzie w sierpniu”
– podsumował organizator Piotr Turuk.
Ja już nie mogę się doczekać. Katowice, dziękujemy za to święto!