Kiedy myślę o Ferrari, przed oczami staje mi F430 – niskie, muskularne, z agresywnym tyłem i wlotami powietrza jak z bolidu F1. Albo 812 Superfast – drapieżny fastback z V12, który samą sylwetką krzyczy „prędkość”. I właśnie dlatego nowe Ferrari Luce wywołuje u mnie tak ogromny dysonans. Pierwszy elektryczny model z Maranello nie przypomina żadnego Ferrari w historii. Jest dziwny, kontrowersyjny i – nie bójmy się tego słowa – dla wielu po prostu brzydki.
Nie jestem w tej opinii odosobniony. Internet dosłownie eksplodował po premierze. Jedni porównują Luce do Nissana Leafa, inni mówią, że wygląda jak produkt Kii, jeszcze inni zastanawiają się, czy można kupić samo wnętrze bez karoserii. Internauci zaczęli nawet przerabiać Luce przy pomocy AI, żeby pokazać, jak ich zdaniem powinno wyglądać. Pojawiło się też pytanie: skoro Luce tak bardzo odcina się od tradycji, to dlaczego w ogóle nazywa się Ferrari?
Projektanci Apple zamiast Centro Stile
Za projekt Luce odpowiada studio LoveFrom, założone przez byłych projektantów Apple – Jony’ego Ive’a i Marca Newsona. To ci sami ludzie, którzy stworzyli iPhone’a, MacBooka i Apple Watcha. Ferrari Centro Stile miało minimalny wpływ na wygląd auta – mogło zgłaszać uwagi tylko w przypadku ograniczeń technicznych. Efekt? Auto wygląda jak produkt Apple na kołach – futurystyczne, minimalistyczne, kompletnie niepasujące do języka stylistycznego Ferrari. Jedynym czytelnym nawiązaniem do tradycji są okrągłe podwójne tylne lampy.
To pierwszy przypadek w historii, gdy Ferrari zleciło projekt swojego auta na zewnątrz. Luce ma ponad 5 metrów długości, waży 2260 kg i mieści pięć osób – to pierwsze pięcioosobowe Ferrari. Bagażnik ma 597 litrów pojemności. Technicznie to imponujące – cztery silniki elektryczne o łącznej mocy 1050 KM, sprint do setki w 2,5 sekundy i prędkość maksymalna 310 km/h. Cena to 550 tysięcy euro.
Gdzie się podziały piękne Ferrari?
Przypomnijmy sobie, jak wyglądały Ferrari, które kochamy. Ferrari F430 z 2004 roku, zaprojektowane przez Pininfarinę pod kierownictwem Franka Stephensona, czerpało inspirację z bolidu F1 z 1961 roku. Duże owalne wloty powietrza z przodu, muskularne nadkola, charakterystyczne okrągłe lampy i agresywnie wystylizowany tył z czterema końcówkami wydechu. To było auto, które wyglądało jak milion dolarów, nawet gdy stało w miejscu.
Ferrari 812 Superfast, zaprezentowane w 2017 roku, to kolejny przykład włoskiego geniuszu. Sylwetka fastbacka z wysokim tyłem inspirowana legendarną Daytoną 365 GTB4 z 1969 roku. Muskularne błotniki, ostre przetłoczenia na drzwiach, agresywne wloty powietrza – wszystko zaprojektowane przez wewnętrzny zespół Ferrari pod kierownictwem Flavia Manzoniego. 800-konne V12 i wygląd, który dosłownie powala na kolana. To samochód, który krzyczy „jestem Ferrari” z każdej perspektywy.
Luce nie ma w sobie nic z tej drapieżności. To gładkie, obłe nadwozie, które bardziej przypomina koncept z filmu sci-fi niż następcę F430. Oczywiście, technologia robi wrażenie – 800-woltowa architektura, akumulator 122 kWh, ładowanie 350 kW i zasięg 530 km. Ferrari opracowało nawet specjalny system nagłośnienia, który wzmacnia naturalne dźwięki mechaniczne auta – porównują go do gitary elektrycznej. Ale czy to wystarczy, żeby przekonać zagorzałych fanów?
Czy w tym szaleństwie jest metoda?
Jest w tej strategii pewna logika. Ferrari nie chce kanibalizować swojej spalinowej gamy – V8 i V12 nadal będą dostępne dla tradycjonalistów. Luce ma być uzupełnieniem oferty, a nie zastępstwem. Problem w tym, że dla wielu osób Ferrari to nie tylko osiągi – to przede wszystkim emocje, dźwięk i design. A design Luce po prostu nie wywołuje tych samych uczuć co widok F430 czy 812 Superfast.
Jeszcze niedawno zastanawiałem się, czy można zaprojektować coś bardziej kontrowersyjnego od elektrycznego Mercedesa-AMG GT 4-drzwiowego Coupé, które swoją masywną sylwetką i ciężkimi proporcjami kompletnie rozjechało się z ideą zgrabnego grand tourera. Myślałem, że Affalterbach ustanowiło wtedy nowy rekord odwagi projektowej – albo jej braku, zależy jak na to spojrzeć. A potem projektanci Ferrari spojrzeli po sobie, sięgnęli po Peroni, powiedzieli „potrzymajcie mi moje piwo” i wypluli ze swych desek kreślarskich Luce. Tak właśnie wyobrażam sobie moment, w którym w Maranello zapadła decyzja: zróbmy auto, przy którym Mercedes wyda się konserwatywny.
Sam projektant Marc Newson przyznał, że „krytycy są częścią procesu” innowacji i że ludzie są dziś bardzo nostalgiczni, co utrudnia pracę projektantom. Być może za kilka lat spojrzymy na Luce inaczej. Ale dziś, szczerze mówiąc, tęsknię za starym, pięknym Ferrari.