Stanisław Lem miał kiedyś powiedzieć: „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. I choć każdego dnia media społecznościowe dostarczają nam dowodów na prawdziwość tych słów, to historia ze Szklarskiej Poręby jest tego kwintesencją. Pewna pani, której ukochany kotek zginął pod kołami samochodu, zamiast uderzyć się w pierś, postanowiła urządzić publiczny lincz na kierowcy, publikując jego zdjęcie w sieci.
Na lokalnej grupie „Spotted: Szklarska Poręba” pojawił się post, który w teorii miał wzbudzić współczucie, a w praktyce wywołał lawinę krytyki. Właścicielka uwieczniła na zdjęciu mężczyznę w samochodzie, który miał rzekomo potrącić jej swobodnie biegającego po drodze publicznej kota. Wezwała go do „przyznania się”, grożąc, że w przeciwnym razie sprawę zgłosi na policję. I tu pojawia się fundamentalne pytanie, które ciśnie mi się na usta – czego ta pani właściwie oczekuje?
Czynny żal, magiczne wskrzeszenie czy zrzutka na nowego kota?
Próbuję wejść w tok myślenia autorki postu i kompletnie nie rozumiem jej motywacji. Czy liczy na to, że kierowca, niczym grzesznik w urzędzie skarbowym, złoży „czynny żal” i będzie kajał się za swoje winy? A może oczekuje, że wspólnie odprawią magiczne rytuały, by odzyskać jedno z dziewięciu kocich żyć i przywrócić pupila do świata żywych? A może, idąc najbardziej prozaicznym tropem, chodzi po prostu o pieniądze na zakup kolejnego „ukochanego kotka”? Ta sytuacja jest tak absurdalna, że każdy scenariusz wydaje się równie nieprawdopodobny. Kobieta publicznie przyznaje się do zaniedbania, a jednocześnie próbuje zrzucić całą winę na osobę, która po prostu jechała drogą.
Kto tu jest ofiarą, a kto sprawcą?
Spójrzmy na to z prawnego i logicznego punktu widzenia. Kochasz swoje zwierzątko? Super. Ale to na Tobie, właścicielu, spoczywa obowiązek zapewnienia mu bezpieczeństwa. Pozwalając kotu na swobodne hasanie w pobliżu drogi publicznej, sama stworzyłaś śmiertelne zagrożenie. Koty są małe, zwinne i często wbiegają pod koła w ostatniej chwili. Kierowca mógł go nawet nie zauważyć, a nawet jeśli zauważył, mógł nie mieć żadnych szans na reakcję. Co więcej, prawo jest w tej kwestii jednoznaczne. Art. 77. § 1. Kodeksu Wykroczeń mówi jasno: „Kto nie zachowuje zwykłych lub nakazanych środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1000 złotych albo karze nagany”. To właściciel jest odpowiedzialny. Co więcej, jeśli w wyniku nagłego wtargnięcia kota na jezdnię doszłoby do uszkodzenia samochodu, to kierowca mógłby domagać się odszkodowania od właścicielki zwierzęcia.
Głos rozsądku, czyli Internet tym razem nie zawiódł
Najciekawsze w całej tej historii jest to, że tysiące internautów, zamiast współczuć autorce postu, momentalnie sprowadziło ją na ziemię. Komentarze pod postem są miażdżące i, co rzadkie w Internecie, w większości niezwykle trafne. Ludzie bezlitośnie punktują brak odpowiedzialności właścicielki. „To Pani wina, a nie kierowcy. Kota się pilnuje, a nie puszcza samopas”, „Współczuję i kotka i kierowcy, który pewnie nawet nie wie, co się stało”, „A jakby przez tego kota ktoś wylądował na drzewie, żeby go ominąć? Też wina kierowcy?” – to tylko niektóre z setek głosów rozsądku. Okazało się, że próba publicznego linczu obróciła się przeciwko samej autorce.
Policja, publiczny lincz i brak refleksji
Na koniec pozostaje kwestia groźby zgłoszenia sprawy na policję. Jestem niezmiernie ciekaw, jak brzmiałoby takie zgłoszenie. „Dzień dobry, panie władzo, chciałabym zgłosić, że puściłam mojego kota bez opieki na ulicę, on wbiegł pod samochód, a kierowca, zamiast się zatrzymać i przepraszać, po prostu odjechał”. Brzmi jak scenariusz komediowy. Ta historia to smutny obraz braku podstawowej refleksji i próby przerzucenia odpowiedzialności za własne błędy na innych. Strata zwierzęcia jest zawsze przykra, ale robienie z siebie ofiary w sytuacji, w której jest się głównym sprawcą nieszczęścia, to już zupełnie inny poziom absurdu.