Internetowe społeczności lokalne to fascynujące miejsca. Obok ogłoszeń i pytań o dobrego mechanika, regularnie wybuchają tam dramy, które są idealnym studium ludzkich zachowań. Ostatni przykład z Włoszczowy pokazuje, jak niewinne zdjęcie czerwonej Toyoty może stać się iskrą zapalną i obnażyć postawę, którą znamy z internetowych memów.
Wszystko zaczęło się od posta na stronie „Spotted: Włoszczowa”. Ktoś wrzucił zdjęcie czerwonej Toyoty Yaris, parkującej na zwykłym miejscu parkingowym. Ale to nie kierowca Toyoty był problemem. Problemem, według autora zdjęcia, było to, że Yaris… zaparkował. Po prostu. Stanął obok samochodu autora posta, który poczuł się w obowiązku publicznie poskarżyć się na ten fakt. Powód? W swoim aucie ma dwa foteliki i przez tę „bezczelną” Toyotę ma utrudniony dostęp. Zamiast fali współczucia, autor skargi otrzymał jednak kubeł zimnej wody od komentujących, stając się podręcznikowym przykładem syndromu „Dej, mam horom curke”.
Czym jest syndrom „dej, mam horom curke”?
Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego terminu, to najwyższa pora nadrobić zaległości. „Dej, mam horom curke” (pisownia celowo zniekształcona) to internetowe określenie na postawę roszczeniową, w której ktoś domaga się specjalnych praw, przywilejów lub darmowych rzeczy, zasłaniając się posiadaniem dzieci. Zjawisko wzięło się z autentycznych próśb na portalach ogłoszeniowych, gdzie ludzie, używając emocjonalnego szantażu, próbowali wyłudzić coś za darmo. Fraza ta stała się symbolem egoizmu i przekonania, że posiadanie potomstwa automatycznie stawia kogoś ponad innymi i zwalnia z przestrzegania ogólnie przyjętych norm. To mentalność, w której „mnie się należy”, a reszta świata ma się dostosować.
Parkingowa rzeczywistość, czyli cały świat ma się przesiąść do malucha
I właśnie dlatego publiczna skarga na kierowcę Toyoty spotkała się z taką falą krytyki. Autor posta, zamiast zastanowić się nad własną sytuacją (może warto było zaparkować dalej, gdzie jest więcej miejsca?), postanowił zrobić publiczny lincz na kimś, kto popełnił „zbrodnię” zaparkowania zgodnie z przepisami. Komentujący bezlitośnie wypunktowali absurd sytuacji. Kierowca Yarisa stanął w liniach, nie zastawił nikogo, nie stanął na kopercie. Jego jedyną „winą” było to, że ośmielił się zająć miejsce obok samochodu, którego właściciel uważa, że należy mu się strefa buforowa, bo ma dwa foteliki. To tak, jakby ktoś miał pretensje do sąsiada, że ten wybudował dom na swojej działce, bo teraz zasłania mu słońce. Czysty absurd i kwintesencja postawy roszczeniowej.
Gdzie jest granica twojej wygody?
Ta sytuacja doskonale pokazuje, jak łatwo niektórzy ludzie przerzucają odpowiedzialność za swoje wybory i niedogodności na innych. Posiadanie dwójki małych dzieci i wożenie ich w fotelikach to wyzwanie, nikt temu nie zaprzecza. Ale to wyzwanie rodzica, a nie kierowcy czerwonej Toyoty czy kogokolwiek innego na parkingu. Skoro ktoś decyduje się na dany model samochodu, to musi liczyć się z jego ograniczeniami. Oczekiwanie, że wszyscy dookoła będą parkować w odległości trzech metrów, bo my mamy problem z otwarciem drzwi na oścież, jest niepoważne. To właśnie ten brak autorefleksji i przekonanie o własnej wyjątkowości tak irytuje w postawie „dej”.
Moim zdaniem: publiczna skarga strzałem w kolano
Autor posta chciał napiętnować kierowcę Toyoty, a tymczasem sam stał się obiektem krytyki. I bardzo dobrze. To ważna lekcja społeczna. Pokazuje, że ludzie mają dość egoizmu i roszczeniowości opakowanej w troskę o „bombelki”. Posiadanie dzieci nie jest immunitetem na kulturę i dobre wychowanie. Zamiast robić zdjęcia i wylewać swoje frustracje w internecie, czasem wystarczy po prostu pomyśleć, poszukać innego miejsca lub… pogodzić się z tym, że świat nie jest skrojony pod nasze indywidualne potrzeby. To trudne, ale tak właśnie wygląda życie w społeczeństwie.